Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fałszywe remedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fałszywe remedia. Pokaż wszystkie posty

29 sty 2023

Święcenia sub conditione czy na wszelki wypadek?

 

ks. Jacek Bałemba


W komentarzach pod jednym z ostatnich postów na tym blogu, pewien czytelnik podjął temat warunkowego przyjmowania sakramentów (sub conditione), praktykowanego w niektórych środowiskach tradycjonalistycznych. Choć nie padło wówczas nazwisko żadnego kapłana, to bez wątpienia księdzem, za sprawą którego wśród polskich tradycyjnych katolików rozgorzała dyskusja na ten właśnie temat, jest ks. Jacek Bałemba. To właśnie bowiem ten znany kapłan, notabene wydalony w ostatnich dniach z Towarzystwa Salezjańskiego, będąc wyświęconym w posoborowym rycie święceń kapłańskich przez bp. A. Małysiaka w 1990 r., w zeszłym roku przyjął sub conditione sakramenty bierzmowania i święceń kapłańskich z rąk bp. R. Williamsona.

Osobiście nie kwestionując faktu, iż posoborowa rewolucja w doktrynie i liturgii Kościoła w pewnych przypadkach może powodować ryzyko nieważnego sprawowania rytów sakramentalnych, nie podzielam jednak opinii, iż sakrament jest automatycznie wątpliwy czy nieważny tylko dlatego, iż jest szafowany przy użyciu nowych obrzędów. Nie chcąc w tym miejscu roztrząsać tej skomplikowanej materii, chciałbym jednak zwrócić uwagę na inną, kto wie czy z punktu widzenia osoby świeckiej nie bardziej zasadniczą kwestię. O ile bowiem rzetelne analizowanie reformy rytów po Vaticanum II wymaga szczegółowej wiedzy i najczęściej przekracza możliwości osoby świeckiej, o tyle dużo łatwiej i bezpieczniej jest spojrzeć na postawę kapłanów reprezentujących dane stanowisko w tej materii i wyciągnąć na tej podstawie wnioski, którzy z nich postępują konsekwentnie i zasługują na zaufanie.

Jest kwestią oczywistą dla katolika, iż ustanowione przez Pana Jezusa „kanały łask”, którymi są święte Sakramenty, są materią najwyższej wagi w życiu Kościoła. Stąd Kościół nie tylko określił warunki konieczne do ważnego sprawowania Sakramentów, ale również ogłosił zasady, które mają zabezpieczać Sakramenty przed ich nieuszanowaniem czy profanacją. Aby zobrazować to przykładem, wyobraźmy sobie następującą, hipotetyczną sytuację.

Otóż pewnego dnia do trzydziestoletniego Adama przychodzi matka i mówi mu, że odkąd kilkanaście dni temu słyszała katechezę jednego z kapłanów o sakramencie Chrztu Św., pewna myśl nie daje jej spokoju. Zapytana o szczegóły wyznaje, iż biorąc pod uwagę przebieg ceremonii Chrztu syna obawia się, że mógł być on sprawowany w sposób nieważny. Aby wykluczyć możliwość pomyłki, wszak było to lata temu, matka i syn poprosili ojca o to, by przypomniał sobie, czy zapamiętał coś szczególnego z tego wydarzenia. Ojciec po chwili namysłu odrzekł: „Rzeczywiście, coś sobie przypominam! Pamiętasz może – powiedział zwracając się do żony – że zastanawialiśmy się po chrzcie, czy ksiądz Henryk, poczciwy, ale już bardzo stary i niedołężny proboszcz, chrzcząc Adama przypadkiem nie wylał całej wody wprost do chrzcielnicy? Główka dziecka była bowiem bezpośrednio po tym cała sucha i bardzo nas to zdziwiło”.

W tym momencie Adam, świadomy ryzyka nieważności swego chrztu, postanowił po niedzielnej Mszy Św. udać się z tą sprawą do swego proboszcza. I choć kilka dni wcześniej przystąpił do sakramentu pokuty, a sumienie nie wyrzucało mu od tego momentu żadnego grzechu śmiertelnego, to jednak postanowił nie przystępować do Komunii Św. zdając sobie sprawę, iż nie może świadomie przyjąć Ciała Pańskiego mając przypuszczenie, że prawdopodobnie na jego duszy wciąż znajduje się zmaza grzechu pierworodnego, a jego chrzest zapewne trzeba będzie powtórzyć sub conditione.

Nie trzeba chyba wiedzy wykraczającej poza poziom szkolnej katechezy aby dojść do wniosku, iż wyżej zarysowana postawa osoby mającej uzasadnione wątpliwości co do swego chrztu, jest wysoce roztropna i zgodna z katolicką troską o godne przyjmowanie Sakramentów. Nie tylko bowiem podjął on decyzję o przedstawieniu do rozstrzygnięcia sprawy przedstawicielowi Kościoła, ale postanowił do czasu wyjaśnienia wykluczyć sytuację, iż przystąpi do Stołu Pańskiego niegodnie, jako osoba nieochrzczona.

Podobną sytuację można również wyobrazić sobie w przypadku wszystkich innych Sakramentów, włącznie z Sakramentem Kapłaństwa. W przypadku tego ostatniego sytuacja jest jednak o tyle poważniejsza, iż kapłan świadomy uzasadnionych wątpliwości do swych święceń, który postąpiłby przeciwnie do powyższego przykładu i mimo tej świadomości szafując dalej Sakramenty, które w istocie nie są żadnymi Sakramentami lecz ich symulacją, naraża swych wiernych na brak łask, być może kluczowych dla ich zbawienia.

Odnieśmy teraz powyższe uwagi do kapłana, autora bloga Sacerdos Hyacinthus. Otóż w dniu 16 V 2022 r. obwieścił on w internecie: „Jestem katolikiem bierzmowanym. Jestem – ważnie wyświęconym – kapłanem katolickim”. Z czego wynikało to, nieco niespotykane w przypadku osoby z ponad 30-letnim stażem kapłańskim oświadczenie? Zapewne z tego, iż w tym samym dniu przyjął on sub conditione sakramenty bierzmowania oraz święceń kapłańskich. Skoro kapłan ów powziął tak poważną decyzję, należy uznać, iż miał poważne i obiektywne powody do tego, aby zdecydować się na ten krok. Należy przy tym również przypuszczać, iż miał on świadomość, że dowolne i uznaniowe szafowanie sakramentami sub conditione jest postępowaniem niegodnym i po prostu grzesznym. Sakramenty wyciskające na duszy niezatarte piętno nie są bowiem polem do szafowania ich podwójnie i „na wszelki wypadek”.

Nie oceniając w tym momencie tego, czy wątpliwość co do ważności kapłaństwa ks. Bałemby była obiektywnie uzasadniona, biorąc pod uwagę powagę materii i pedantyczność tego kapłana, należy założyć, iż była ona głęboko przemyślana i nie została podjęta z dnia na dzień. Już sam fakt zorganizowania wizyty bp. Williamsona wymagał wszak z pewnością pewnych zabiegów, rozmów oraz nieuchronnie czasu potrzebnego na zorganizowanie podobnego wydarzenia.
Zapewne nie było więc tak – i jest to przypuszczenie na korzyść ks. Bałemby – iż zdecydował się on na taki krok z dnia na dzień, w pośpiechu i w ostatniej chwili przed wizytą w Polsce byłego biskupa FSSPX. Skoro tak, to od razu nasuwa się pytanie, czy między podjęciem wątpliwości co do swych święceń, a ich przyjęciem sub conditione, ks. Bałemba dalej pełnił właściwą sobie posługę duszpasterską? Otóż lektura bloga Verbum catholicum wskazuje na to, iż tak właśnie było. Znajdujemy na nim bowiem nagranie kazania ks. Bałemby, wygłoszone w dzień poprzedzający przyjęcie przez niego święceń sub conditione. 
Czy nie oznacza to więc, iż ks. Bałemba, mający w swym sumieniu poważne wątpliwości co do swego kapłaństwa, mimo nich dalej sprawował czynności sakramentalne, narażając siebie na ryzyko symulowania Sakramentów, a wiernych na brak łask?

Teoretycznie mogło być również tak, iż decyzja ks. Bałemby była podjęta z godziny na godzinę przed samym obrzędem z udziałem bp. Williamsona. Sadzę jednak, iż sytuacja taka – przypominająca raczej praktyki z początków sekty z Palmar de Troya – jest w wypadku ks. Bałemby wykluczona.

Dlaczego więc ks. Bałemba postąpił właśnie w ten sposób, wprowadzając w zakłopotanie być może wiele osób, do tej pory z zaufaniem czytających i słuchających publikowane przez niego treści? Tego ks. Bałemba nie wyjaśnił. Tak samo zresztą jak publicznie nie wyjaśnił argumentów, które jego zdaniem przemawiałby za przyjmowaniem Sakramentów sub conditione „na wszelki wypadek” i aby rozwiać wszelkie wątpliwości, przy jednoczesnym postępowaniu tak, jak gdyby owe warunkowe sakramenty nie były wcale konieczne.

Nie wiem jak Państwu, ale mi taki model działania kapłana katolickiego wydaje się dziwny, niezrozumiały, niekonsekwentny i wprowadzający niepotrzebny zamęt wśród wiernych. A ostatnią rzeczą, której brakuje nam we współczesnym kryzysie w Kościele, jest miotanie się na prawo i lewo za kapłanami, którzy nie będąc podlegli żadnym przełożonym, de facto postępują według własnego widzi mi się.


Ps. Po opublikowaniu tego wpisu na profilu facebookowym Satis cognitum, w polemikę z jego treścią wszedł - jak można domniemywać - jeden z wiernych, korzystających z posługi ks. Jacka Bałemby. Wspominam o tym dlatego, iż wyłożył on racje, które miały przyświecać ks. Bałembie w podjęciu decyzji o przyjęciu święceń sub conditione. Otóż okazuje się, iż - jeśli wierzyć p. Jerzemu Wrotniakowi - ks. Bałemba "nigdzie nie stwierdził, że przed święceniami nie czuł się kapłanem", a decyzję o przyjęciu święceń sub conditione podjął "dla swoich wiernych, by oni mieli pewność co do jego święceń". Jeśli rzeczywiście jest tak, jak napisał p. Wrotniak, to duszpasterstwo ks. Bałemby jawi się jako miejsce, gdzie w pewnym sensie role kapłana i wiernych uległy zamianie. W normalnych okolicznościach, gdy wierny powziąłby taką wątpliwość, powinien udać się z tym do swego duszpasterza, który przekonany do swoich racji przedstawiłby mu bezzasadność takich wątpliwości i rozwiał w ten sposób pojawiające się być może skrupuły. Pozostaje mieć nadzieję, że za jakiś czas "dla dobra swych wiernych" ks. Bałemba - podobnie jak kiedyś ks. Rafał Trytek - nie zdecyduje się np. na powtórzenie sub conditione sakramentu Chrztu Św.

2 sty 2022

Bractwo Kapłańskie św. Piotra. W pułapce fałszywego posłuszeństwa

 


W ostatnim czasie pojawiły się pogłoski o tym, iż papież Franciszek, po zdecydowanym ograniczeniu sprawowania i rozpowszechniania Mszy Św. Wszechczasów za sprawą Traditionis Custodes, planuje wykonać kolejny krok ku zupełnemu wyrugowaniu z życia Kościoła tradycyjnej liturgii. Następnym etapem tego planu ma być ustanowienie w podległych Rzymowi zgromadzeniach sprawujących tradycyjną liturgię delegatów, których zadaniem byłoby doprowadzenie do przyjęcia przez te wspólnoty liturgii posoborowej.
Informacja ta wywołała poruszenie i larum w wielu mediach przychylnych zachowaniu autentycznej liturgii rzymskiej. Istotnie, działania Franciszka na polu „walki liturgicznej” zasługują na głosy krytyki i największego oburzenia. W kontekście zgromadzeń podległych do niedawna komisji „Ecclesia Dei” mało kto pyta jednak o to, czy sytuacja w której mogą się one wkrótce znaleźć nie jest przypadkiem prostą konsekwencją postawy wobec kryzysu Kościoła, którą przyjęły one u swego zarania. Do ciekawych wniosków prowadzi nas w tej mierze przypadek największego z tych zgromadzeń – Bractwa Kapłańskiego św. Piotra (FSSP).

Założenie Bractwa Kapłańskiego św. Piotra wiąże się ściśle ze święceniami biskupimi czterech kapłanów Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X (FSSPX) przez abp. Marcela Lefebvre’a i współkonsekratora bp. Antonio de Castro Mayera, których dokonali oni 30 VI 1988 r. Wkrótce po tym wydarzeniu, nazwanym przez Rzym aktem schizmatyckim, oraz nałożeniu na abp. Lefebvre’a oraz nowo konsekrowanych biskupów ekskomuniki, kilkunastu kapłanów Bractwa św. Piusa X wraz z grupą kleryków opuściło jego szeregi aby z aprobatą papieża założyć nowe zgromadzenie kapłanów sprawujących tradycyjną liturgię rzymską. Jako że kapłani ci od lat formowani byli przez abp. Lefebvre’a, doskonale znali istotę posoborowego kryzysu w Kościele oraz zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństw na jakie narażał on katolików na całym świecie. I choć musieli również wiedzieć o tym, iż abp Lefebvre wyświęcając biskupów nie podważał władzy papieskiej i prawa Jana Pawła II do rządzenia Kościołem, ani też nie miał intencji tworzenia Kościoła równoległego, to uznali najwyraźniej, że życie z piętnem schizmatyka w odseparowaniu od oficjalnych struktur kościelnych jest czymś nie do przyjęcia. Postanowili więc poddać się władzom kościelnym i prowadzić swoją działalność w ramach nakreślonych im przez Rzym.

Trudno przypuszczać aby na początku istnienia FSSP jego członkowie drastycznie różnili się w ocenie stanu Kościoła od członków swego macierzystego zgromadzenia. Tym co miało ich odróżniać od FSSPX nie było bowiem ani zaaprobowanie używania w nowym zgromadzeniu zmienionej liturgii, ani też wyrzeknięcie się „błędów lefebryzmu”. Wyróżnikiem tym było za to zachowanie, mimo istniejącego kryzysu w Kościele, posłuszeństwa papieżowi w odniesieniu do zakresu prowadzonej przez nowe Bractwo działalności. 

Wraz z odejściem od abp. Lefebvre’a założycieli Bractwa św. Piotra bardzo szybko między oboma, w pewien sposób konkurującymi między sobą środowiskami wytworzył się pewien antagonizm oraz nastąpiła wyraźna polaryzacja stanowisk. Członkowie Bractwa św. Piusa X zarzucali dysydentom, iż mając świadomość roli, jaką w kryzysie Kościoła odgrywa jego najwyższa hierarchia z papieżami na czele, praktycznie bezwarunkowo powierzyli swoje losy tej właśnie hierarchii, która jeszcze kilkanaście lat wcześniej chciała skazać na zapomnienie Mszę Wszechczasów oraz wszystko to, co nie pasowało do wizji Kościoła posoborowego. W ich rozumieniu założyciele FSSP popełnili błąd dzieląc środowisko Tradycji katolickiej w imię rzekomej konieczności podporządkowania się władzom kościelnym w momencie, gdy władze te zainfekowane są wieloma współczesnymi błędami i herezjami, które w bezpośredni sposób wpływają na ich decyzje w zarządzaniu Kościołem. Z drugiej strony członkowie FSSP coraz bardziej utwierdzali się na stanowisku, iż pragnąć pozostać katolikami wiernym Tradycji nie można oddzielać się od struktur Kościoła ani w praktyce ignorować nauczania i poleceń papieży, choćby z niektórymi z nich trudno się było pogodzić. Stąd coraz mocniej wybrzmiewały z tych środowisk głosy o niemożliwym do zaakceptowania teologicznie stanowisku FSSPX oraz o jego schizmatyckim charakterze.
Afirmowanie przez włączone w oficjalne struktury kościelne FSSP ogromnej wagi posłuszeństwa w Kościele oraz wyraźne dystansowanie się od „schizmatyckiego” FSSPX, w nieunikniony sposób musiały z czasem doprowadzić do zmiany stanowiska teologicznego FSSP wobec wielu przejawów współczesnego kryzysu w Kościele. Trudno bowiem na dłuższą metę wyobrazić sobie sytuację, iż tak mocno podkreślając konieczność niemal bezwzględnej uległości współczesnym papieżom, jednocześnie choćby w duchu można być przeświadczonym, iż papieże ci popełniają katastrofalne i szkodliwe dla dusz błędy w nauczaniu i zarządzaniu Kościołem.

Doskonałym przykładem takiej zmiany jest stanowisko FSSP wobec nowej Mszy. Jeszcze jako członkowie FSSPX przyszli „petryści” musieli zgadzać się z powszechnym w tym zgromadzeniu przekonaniem, iż Nowa Msza jako zawierająca liczne zmiany i pominięcia, wraz z towarzyszącą jej teologią, jest liturgią sprotestantyzowaną, szkodliwą i nie możliwą do zaakceptowania. Abp Lefebvre, a wraz z nim członkowie FSSPX stali i do dziś stoją bowiem na stanowisku, iż reformy liturgicznej Pawła VI nie można postrzegać wyłącznie w aspekcie prawnie przysługujących papieżowi zmian o charakterze dyscyplinarnym. Ich zdaniem posoborowe zmiany liturgiczne dotykają wyrażonej w liturgii doktryny Kościoła, której czystości papież nie ma prawa naruszać. Stąd kapłani FSSPX nigdy nie odprawiają Nowej Mszy oraz odradzają wiernym czynne uczestnictwo w zreformowanych obrzędach.

Od zakładających FSSP kapłanów nikt nie wymagał początkowo odprawiania Nowej Mszy. Musieli oni jedynie, na co na krótko przystał w pewnym momencie sam abp Lefebvre, uznać ważność i prawomocność nowych obrzędów. Z czasem jednak w nowym zgromadzeniu pojawiały się tendencje wyraźnie odbiegające od linii wyniesionej w tej mierze z FSSPX. W około 10 lat po powstaniu FSSP niektórzy jego kapłani domagali się od swych przełożonych prawa do odprawiania w pewnych okolicznościach Nowej Mszy. Próbującemu się temu sprzeciwić ówczesnemu przełożonemu Bractwa św. Piotra, ks. Josefowi Bisigowi (byłemu członkowi FSSPX), stanęły jednak na przeszkodzie władze rzymskie. Rozstrzygając tę kwestię zdecydowały one, iż żaden przełożony FSSP nie może zabronić członkom wspólnoty sprawowania również nowej liturgii. Będąc posłusznymi tej decyzji, późniejsi przełożeni FSSP nie próbował już, przynajmniej oficjalnie, odmawiać swym kapłanom prawa do sprawowania Nowej Mszy. Jak można jednak przypuszczać, ewolucja zgromadzenia poszła w tym kierunku, iż postawa taka zaczęła wynikać nie tylko z wymuszonego posłuszeństwa wobec decyzji Rzymu, ale ze zmiany nastawienia wobec Nowej Mszy w dużej części zgromadzenia.

Aby to zobrazować, wtrącę w tym miejscu kilka osobistych wspomnień wiązanych z polskimi kapłanami FSSP. Otóż kilkanaście lat temu będąc studentem jednej z krakowskich uczelni uczęszczałem przez pewien czas na Msze Św. odprawiane przez ks. W. Grygiela z FSSP w Kościele pw. św. Wojciecha na Rynku Głównym. Miałem wówczas okazję poznać ówczesnego diakona, a obecnego Przełożonego Generalnego FSSP, ks. Andrzeja Komorowskiego. Z jego to właśnie ust usłyszałem, gdy odpowiadając jednemu z wiernych na pytanie o możliwość uczestnictwa w Mszach w kaplicach FSSPX stwierdził, iż jest to absolutnie niedopuszczalne i – tu cytuję dosłownie – „lepiej iść na modernistycznie sprawowany NOM niż do kaplicy FSSPX”. Jak wyraźnie widać z tej wypowiedzi, dla ks. Komorowskiego przynajmniej wówczas Nowa Msza sama w sobie i to wydaniu skrajnym, modernistycznym, nie była poważniejszym problemem, a z pewnością nie była problemem doktrynalnym porównywalnym z rzekomo niegodnie sprawowaną liturgią katolicką w FSSPX. Zdanie to podzielał z pewnością również ks. Grygiel, który w rozmowie ze mną bez ogródek stwierdził, iż jego zdaniem Nową Mszę również „można sprawować bardzo pięknie i bardzo godnie”. Od takiego myślenia pozostał już tylko krok do pełnego przyjęcia NOM poprzez jego sprawowanie. Choć nie wiadomo mi aby ks. Grygiel odprawiał Nową Mszę, to faktem jest, iż okazjonalnie sprawuje ją inny kapłan FSSP w Polsce, ks. Marcin Kostka.

Ktoś może mi jednak w tym miejscu zarzucić, iż przypadki te nie mogą świadczyć o całym zgromadzeniu. Znana jest bowiem choćby sprawa sprzed kilku miesięcy, gdy arcybiskup francuskiej diecezji Dijon wyrzucił z posługi w niej kapłanów FSSP odmawiających koncelebrowania NOM. Doceniając postawę tych kapłanów trzeba jednak zauważyć, iż w kontekście całej linii postępowania FSSP ich postawa jest w gruncie rzeczy niekonsekwentna. Skoro bowiem ich zgromadzenie od początku niezwykle mocno i w opozycji do FSSPX podkreślało swą wierność papieżowi i podległym mu biskupom, a następnie uznało Nową Mszę jako legalny wyraz kultu Kościoła oraz wyrzekło się publicznej polemiki względem wobec reform soborowych i posoborowych, to można słusznie zapytać na jakiej podstawie członkowie tegoż Bractwa opierają swoje nieposłuszeństwo woli biskupa, który przyjął ich w swej diecezji? Być może argumentowali to tym, iż sprawowanie zmienionej liturgii nie jest częścią „charyzmatu” ich zgromadzenia i mają prawo, będąc zgromadzeniem na prawie papieskim, odmówić wykonania takiego polecenia biskupa. Co stanie się jednak w sytuacji, gdy sam Franciszek lub jego następca poprosi członków Bractwa o sprawowanie, obok tradycyjnej liturgii, również Nowej Mszy lub wręcz określi termin, w którym będą oni musieli zupełnie porzucić tradycyjną Mszę rzymską? Co stanie się jeśli istnie czołobitne deklaracje o braku zastrzeżeń wobec Nowej Mszy oraz nauki Soboru, które również ostatnio podpisywali prominentni członkowie FSSP, nie wystarczą do tego aby mieć względny spokój działając w ramach Kościoła posoborowego?

Wydaje się, iż dla zgromadzenia od ponad trzydziestu już lat niosącego na sztandarach swą wierność i posłuszeństwo współczesnym papieżom, jedynym logicznym wyjściem w tej sytuacji będzie nic innego jak stanięcie za posoborowym stołem, a w razie konieczności również schowanie do szafy „zakazanych” Mszałów trydenckich. Czy jednak jest to wyjście jedyne? Z pewnością nie. Sprzeciw wobec takiego polecenia wymagałby jednak dużego przeorientowania myślenia członków FSSP o granicach posłuszeństwa wobec władzy kościelnej i być może przyznania, iż to jednak abp Lefebvre miał rację w roku 1988...

17 paź 2021

Czy katolik może wątpić w posoborowe kanonizacje?

 


Dla dużej części katolików w Polsce Jan Paweł II wciąż pozostaje religijną i narodową ikoną. W ich oczach papież z Polski jest nie tylko „świętym Janem Pawłem II Wielkim” ale i „największym z rodu Słowian”, wobec czego jakakolwiek krytyka pontyfikatu Karola Wojtyły wydaje się im czymś tak obrazoburczym, iż pochodzić może jedynie ze strony wrogów Kościoła. Ta, niemal powszechna estyma wobec Jana Pawła II, wprawia niektórych katolików związanych z szeroko pojętym ruchem Tradycji katolickiej w pewne zakłopotanie i rodzi dylemat. Z jednej strony pragną oni bowiem uchodzić w oczach posoborowych katolików za wiernych synów Kościoła, z drugiej zaś trudno im pogodzić w sumieniu ogłoszoną publicznie (beatyfikacja i kanonizacja) świętość Jana Pawła II z wieloma gorszącymi momentami jego pontyfikatu. Przykładami tych ostatnich mogą być choćby: zainicjowane przez niego spotkanie religii świata w Asyżu, całowanie przez papieża Koranu czy wyrzeczenie się przez rządzony przez niego Kościół dążenia do nawracania schizmatyków (tzw. deklaracja z Balamand). Rozterkę tę pogłębia również fakt, iż wedle powszechnie panującej przez Soborem opinii teologicznej akt kanonizacji świętych zalicza się do aktów mających charakter nieomylny. 

Wobec wszystkich tych trudności niejeden tzw. tradycjonalista nie widzi innego wyjścia jak milcząco wpisać się w szereg czcicieli Jana Pawła II. I choć być może nie powiesi w swoim domu obrazu Jana Pawła II obok wizerunku św. Piusa X, to jednak – mimo swych zastrzeżeń – nie ośmieli się wyrazić wątpliwości co do uznawania w Janie Pawle II wzoru cnót heroicznych, czyli świętego Kościoła katolickiego. Czy jednak istotnie katolicy są w tym wypadku postawieni w sytuacji bez wyjścia: albo uznają wszystkie posoborowe kanonizacje, albo stawiają się poza Kościołem?

Wychodząc naprzeciw tej skomplikowanej i delikatnej materii, teolodzy Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X niejednokrotnie analizowali kwestie związane zarówno z zastrzeżeniami wobec pontyfikatu Jana Pawła II (podobnie jak dwóch „świętych” papieży Vaticanum II), jak również te dotykające problemu beatyfikacji i kanonizacji dokonywanych w epoce posoborowej.

Ograniczając się w tym miejscu do odnotowania kilku z najważniejszych punktów ich argumentacji, gorąco zachęcam do zapoznania się z artykułami wymienionymi na końcu tego posta, które dokładnie omawiają wymienione niżej zagadnienia. 

I. Wyrażenie zastrzeżeń wobec niektórych posoborowych aktów kanonizacji nie ma nic wspólnego z twierdzeniem, iż oficjalnie kanonizowana osoba nie jest zbawiona. Zastrzeżenia odnoszą się tylko i wyłącznie do kościelnego osądu życia danej osoby w świetle obiektywnych i możliwych do ustalenia faktów. Osądu, który w żadnym stopniu nie wpływa na wyrok Boży wobec tej osoby, który zapadł już w momencie jej śmierci.

II. Kanonizacja jest nie tylko stwierdzeniem, iż kanonizowany nie jest potępiony i cieszy się szczęściem wiekuistym w Niebie. Akt ów stwierdza bowiem również, iż osoba ta odznaczała się w swym życiu cnotami w stopniu heroicznym i może być przykładem życia dla wszystkich katolików. Dopiero rzetelne zbadanie owej heroiczności cnót daje Kościołowi jedną z podstaw do przedstawienia wiernym kogoś jako świętego.

III. Powszechną opinią teologiczną jest twierdzenie, iż kanonizacja świętych jest aktem noszącym znamiona nieomylności. Należy przy tym jednak zauważyć, iż nie jest to dogmat wiary katolickiej, którego podważanie pociągałoby za sobą grzech herezji. Uprawnionym jest więc zadawanie pytań o to, czy jeśli akt kanonizacji rzeczywiście jest aktem nieomylnym, to w jaki sposób i w jakich wypadkach angażuje on ową nieomylność. Tym bardziej uprawionym jest stawienie pytań o to, czy przywilejem nieomylności mógłby się cieszyć akt kanonizacji w sytuacji, gdyby sam przewód kanonizacyjny był w którymś punkcie wadliwy.

IV. Sobór Watykański II był początkiem nie tylko wielu rewolucyjnych zmian w praktyce duszpasterskiej Kościoła, ale również doprowadził do licznych zmian doktrynalnych. Jednym z przejawów tej zmiany była redefinicja pojęcia samej świętości, która często zaczęła być przedstawiana zwłaszcza w wymiarze stosunków międzyludzkich, a nawet jako narzędzie w służbie ekumenizmu. Wypaczanie doktryny katolickiej doprowadziło również do sytuacji, gdy zachowania uznawane wcześniej za przeciwne cnocie wiary, którą kanonizowany musiał przecież posiadać w stopniu heroicznym, w epoce posoborowej przestały już uchodzić za takowe, a nawet zaczęły być postrzegane jako autentyczny wyraz wiary katolickiej (np. ekumenizm, „Asyż” Jana Pawła II).

V. Zmiany posoborowe odcisnęły swoje piętno również na samej procedurze beatyfikacji i kanonizacji, czego jaskrawym przejawem był swoisty „wysyp świętych” za pontyfikatu Jana Pawła II, który sam kanonizował więcej osób niż wszyscy jego poprzednicy razem wzięci. Było to możliwe dzięki uproszczeniu samej procedury, która odtąd stała się dużo szybsza, mniej wnikliwa i rodząca ryzyko nie dość dokładnego zbadania życia, cnót i cudów zdziałanych za pośrednictwem kandydatów na ołtarze. Analiza niektórych spośród posoborowych procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych w pełni potwierdza te obawy.

VI. W związku z powyższym można stwierdzić, iż „w naszych czasach jesteśmy świadkami nie tylko wad procedury stosowanej podczas procesu kanonizacyjnego ale wręcz zamachu na proces beatyfikacyjny poprzez wprowadzenie nowego pojęcia świętości (...) A ponieważ owe nowe zasady religijne nie mają nic wspólnego z nauką Chrystusa Pana, możemy z cała pewnością kwestionować wartość tych kanonizacji” (ks. J. Jenkins).

Szczegółowe omówienie zarysowanych wyżej zagadnień znaleźć można m.in. w poniższych materiałach:

1. Ks. J. M, Gleize, „Jan Paweł II – santo subito?”
2. Ks. J. Jenkins, „Beatyfikacja która osłabi wiarę”
3. Ks. B. Lorber, ks. J. M. Gleize „Problem kanonizacji dokonanych przez Jana Pawła II”:
Część I
Część II
4. Ks. K. Stehlin, „O beatyfikacjach i kanonizacjach”
5. „Zastrzeżenia wobec zapowiedzianej beatyfikacji Jana Pawła II”


23 sie 2021

Dlaczego nie podpiszę "Synowskiej prośby"?

 


Od kilku dni czytelnicy portalu PCH24 i mediów społecznościowych Stowarzyszenia im. ks. Piotra Skargi mogą na nich znaleźć wezwanie do podpisywania tzw. synowskiej prośby do polskich biskupów ws. zachowania celebracji Mszy Św. Wszechczasów w polskich diecezjach.

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, iż jest to bardzo wartościowa inicjatywa i każdy, komu zależy na zachowaniu tradycyjnej liturgii w naszym kraju, powinien bez wahania się pod nią podpisać. Gdy jednak zagłębiamy się w treść tego listu, to szybko okazuje się, że jego podpisanie przez osoby zdające sobie sprawę z ogromnego kryzysu, targającego Kościołem od Vaticanum II, byłoby postępowaniem nie tylko głęboko nieuczciwym intelektualnie, ale i w gruncie rzeczy wątpliwym moralnie.

Pisząc takie słowa nie uważam, iż sama próba dotarcia do biskupów i przekonania ich do zachowania w diecezjach Mszy Św. Wszechczasów, jest czymś niewłaściwym. Z pewnością da się, pozostając w zgodzie z prawdą i własnym sumieniem, bez wiernopoddańczych deklaracji o wierności temu co umownie zwiemy „posoborowiem”, przedstawiać biskupom swoje racje, po cichu licząc na to, iż swoimi decyzjami – być może mimowolnie i wbrew intencjom papieża Bergolio – przysłużą się sprawie Tradycji katolickiej. 

Autorzy „synowskiej prośby”, wzywając katolików w Polsce aby byli „strażnikami Tradycji”, idą jednak dużo dalej. Próbując bowiem przekonać biskupów do zachowania tradycyjnej liturgii, składają taką oto deklarację:

„Chcemy stanowczo zapewnić, że całym naszym działaniem staramy się budować jedność Kościoła zdecydowanie odcinamy się od tych, którzy instrumentalnie wykorzystują tradycyjne formy pobożności, czyniąc tym samym krzywdę zdecydowanej większości wiernych autentycznie przywiązanych do tradycyjnej liturgii”.

W związku z tym stwierdzeniem od razu narzuca się pytanie, kogo mogli mieć na myśli autorzy, pisząc o tych,  którzy – w ich mniemaniu – „instrumentalnie wykorzystują tradycyjne formy pobożności”? Jak można przypuszczać – wnosząc po odwołaniu się przez nich do Traditionis Custodes –  mieli oni na myśli te same środowiska, o których pisał papież Franciszek w liście do biskupów towarzyszącym wydaniu owego motu proprio:

„zasmuca mnie instrumentalne używanie Missale Romanum z 1962 r., które coraz bardziej charakteryzuje się rosnącym odrzuceniem nie tylko reformy liturgicznej, ale i Soboru Watykańskiego II, z bezpodstawnym i niemożliwym do obrony twierdzeniem, że zdradził on Tradycję i <prawdziwy Kościół>”.

Posiadając takie wskazówki nietrudno domyśleć się, iż ludźmi, którzy w opinii papieża i – jak się zdaje – idącego w ślad za nim Stowarzyszenia im. ks. P. Skargi, instrumentalnie wykorzystują tradycyjną liturgię, rozbijają jedność Kościoła i szkodzą  „większości wiernych autentycznie przywiązanych do tradycyjnej liturgii, są osoby odwołujące się do postawy (przywołanego przez Franciszka i nazwanego schizmatykiem) abp Marcelego Lefebvre’a.

Istotnie, abp Lefebvre dostrzegał – podobnie zresztą jak sami autorzy rewolucji liturgicznej – iż tradycyjna liturgia w żaden sposób nie współgra z soborową, ekumeniczną i antropocentryczną orientacją Kościoła. Tak samo bowiem jak autorzy reform liturgicznych wprowadzali je również w tym celu, aby poprzez coniedzielny kontakt z liturgią wierni przesiąknęli „duchem Soboru”, tak samo Arcybiskup nie godził się na sprawowanie Nowej Mszy, aby uchronić przed owym duchem swoich kapłanów i proszących ich o posługę wiernych. Jeśli ktoś chciałby więc stwierdzić – choć nie jest to w tym wypadku zbyt trafne określenie – iż Arcybiskup używał liturgii instrumentalnie, to przyznać przy tym musi, iż dużo bardziej instrumentalnym działaniem było stworzenie Nowej Mszy przy jednoczesnym odrzuceniu liturgii tradycyjnej.

Recz rozbija się więc o to, kto wówczas, ale i obecnie, postępuje właściwie: abp Lefebvre i jego naśladowcy, odrzucający niezgodne z Tradycją nauczanie Soboru i broniący w imię wiary katolickiej Mszy Św. Wszechczasów, czy też niosący na sztandarach nową liturgię i zmieniający nauczanie Kościoła w bardzo istotnych punktach Kościół posoborowy?

Dla papieża Franciszka, który choćby swoją zgodą na udzielanie Komunii Św. osobom żyjącym w grzechu śmiertelnym, pokazał dobitnie, w jak głębokim poważaniu ma cała Tradycję Kościoła, odpowiedź nie pozostawia złudzeń.

Równie pewnie od linii abp. Lefebvre odetną się również wszelkiego rodzaju esteci liturgiczni, dla których tradycyjna liturgia jest tylko i wyłącznie pięknym skansenem, do którego miło jest czasem zajrzeć.

Z drugiej strony dla osób dostrzegających do jak tragicznych skutków w życiu Kościoła doprowadził Sobór wraz we wszystkimi swoimi konsekwencjami, wydaje się czymś jasnym, iż zachowanie wierności tradycyjnej liturgii nie jest żadnym postępowaniem instrumentalnym, lecz jest nierozerwalnie związane z walką o integralność wiary katolickiej.

Wobec tego rodzi się nieodparte pytanie, po której stronie owego sporu doktrynalno-liturgicznego stoją autorzy „synowskiej prośby” ze Stowarzyszenia im. ks. P. Skargi? Z jednej strony umieszczają bowiem oni w swoich mediach materiały krytykujące zmiany posoborowe, zapraszają autorów i gości w jednoznaczny sposób krytykujących Nową Mszę i stojącą za nią teologię, by drugiego dnia podać odbiorcom jako coś wartego poparcia dokument, w którym „zdecydowanie odcinają się” od tych, którzy ośmielają się dostrzegać w zachowaniu tradycyjnych obrzędów coś więcej aniżeli wyraz ich prywatnych upodobań liturgicznych.

Jak nazwać taką postawę? Duchową schizofrenią, hipokryzją czy też czystym wyrachowaniem, które w imię zdobycia poklasku nie waha się dziś odcinać się od tego, co głosiło wczoraj.

Osobiście nie podpiszę więc „synowskiej prośby”. Mimo tego, iż pragnę, aby tradycyjna liturgia była obecna w każdym katolickim kościele, nie mogę podpisać się pod oszczerstwami pod adresem tych, dzięki których niezłomnej postawie możemy w ogóle dziś w niej uczestniczyć. Nie podpiszę się pod apelem tych, którzy zamiast mówić „tak, tak; nie, nie”, wolą zapewniać, że „tak i nie” lub „nie i tak”...

3 cze 2021

Zwiedzeni

 


Rezydujący w Grzechyni ksiądz Piotr Natanek jest w polskim Kościele postacią nie tylko dobrze znaną, ale i wzbudzającą skrajnie różne opinie. Dla jednych jest on kapłanem bezkompromisowo podążającym za głosem Chrystusa, który za pozostanie wiernym Jego orędziu i obnażanie grzechów hierarchii kościelnej, jest od lat przez tę hierarchię niesłusznie prześladowany. Dla drugich działalność ks. Natanka jest wysoce szkodliwa, gdyż opierając się w dużej mierze na rzekomych wizjach związanej z nim osoby, serwuje on swoim wiernym eklektyczną i nie opartą na autorytecie kościelnym mieszaninę poglądów teologicznych i praktyk liturgicznych. Inni stwierdzą z kolei, iż choć w duszpasterstwie ks. Natanka istotnie można dostrzec pewne błędy, to jednak z uwagi na fakt, iż piętnuje on wiele przejawów kryzysu w Kościele i stara się odwoływać do Tradycji, nie powinno się go nadmiernie krytykować.

W niniejszym wpisie nie mam zamiaru podejmować się próby całościowej oceny działalności ks. Natanka. Chcę za to poruszyć kwestię jednego z praktykowanych przez niego obrzędów, który mi osobiście dał wystarczający obraz tego, na jakich podstawach opiera się duszpasterstwo ks. Natanka     i pomógł ocenić, czy mam w tym wypadku do czynienia z kapłanem wiernym Tradycji katolickiej.

Obrzędem o którym mowa jest tzw. „chrzest dzieci nienarodzonych”. W trakcie tej ceremonii ks. Natanek, w towarzystwie wiernych i „rodziców chrzestnych” nienarodzonych dzieci (których ciał rzecz jasna tam nie ma) dokonuje aktu ich „chrztu”, wymieniając – tak jak w przypadku udzielania sakramentu Chrztu Św. -  ich imiona i wymawiając słowa „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Św.”. Co istotne, wymawiając słowa formuły chrzcielnej, kapłan również używa wody, polewając nią jednak… powietrze i wlewając ją do przeznaczonego do tego naczynia (link do jednego z takich obrzędów w komentarzu). W ten sposób – jak stanowczo twierdzi ks. Natanek – dzieci nienarodzone zostają uwolnione od zmazy grzechu pierworodnego i dostępują radości świętych w Niebie. Choć tego typu deklaracje ks. Natanka zdają się sugerować, iż podziela on – w odróżnieniu od nauczania współczesnych modernistów - wiarę Kościoła katolickiego w absolutną konieczność sakramentu Chrztu do zbawienia, to jednak wypada przy tym zapytać, czy praktykowany przez niego obrzęd ma cokolwiek wspólnego z praktyką Kościoła?

Odpowiedź jest tutaj dość jasna i oczywista. Nie trzeba bowiem być wybitnym znawcą katolickiej sakramentologii aby wykazać, że podobny obrzęd nie ma nic wspólnego z udzieleniem Chrztu Świętego i siłą rzeczy nie może przynosić wynikających z niego łask sakramentalnych. Wystarczy sięgnąć do jakiejkolwiek uznanej pozycji traktującej o katolickich sakramentach aby dowiedzieć się, iż sakramenty święte, w tym Chrzest Św., mogą być szafowane wyłącznie osobom żywym (w razie wątpliwości sakramentu udziela się warunkowo). Do podstawowej wiedzy w tej kwestii należy również to, iż bliższą materią (a więc czymś koniecznym do ważności) sakramentu Chrztu jest obmycie wodą naturalną ciała człowieka. Skoro więc „chrzest dzieci nienarodzonych” praktykowany m. in. przez ks. Natanka nie spełnia tych dwóch , najbardziej elementarnych wymogów ważnego sprawowania sakramentu Chrztu Św. (nie ma osoby żywej, nie ma polania ciała), to jasnym jest, iż nie tylko nie gładzi on grzechu pierworodnego, ale jako symulowanie sprawowania sakramentu jest praktyką niegodziwą, błędną i wprowadzającą w błąd wiernych.

„Chrzest dzieci nienarodzonych” praktykowany przez ks. Natanka nie ma również nic wspólnego ze znanym i praktykowanym w pewnych sytuacjach w Kościele obrzędem mogącym nosić tę samą nazwę, w terminologii kościelnej zwanym chrztem „in utero matris” (w łonie matki). Ta, zapomniana dziś forma udzielania sakramentu Chrztu Św. polegała ona na tym, iż w razie dużego prawdopodobieństwa, iż przed urodzeniem dziecko umrze, dopuszczalne było sakramentalne obmycie wodą ciała nienarodzonego dziecka, znajdującego się w łonie kobiety za pomocą specjalnej strzykawki.
Praktykując „duchowy chrzest nienarodzonych” ks. Natanek przekonuje wiernych, iż jest to obrzęd rzekomo zatwierdzony przez Kościół, gdyż posiada on książkę zawierającą tę ceremonię, która uzyskała imprimatur jednego z modernistycznych biskupów. Zakładając, iż ks. Natanek faktycznie nie ma podstawowej wiedzy teologicznej aby ocenić samą ceremonię i nie wie o tym, jak mało warte są imprimatur wydawane przez pogrążone w błędach modernizmu kurie biskupie, można by zrzucić jego działania na karb ignorancji i uznać, że są formą błędnego, ale być może nie tak niebezpiecznego kościelnego dziwactwa. Ksiądz Natanek idzie jednak wiele dalej.

Otóż, uzasadniając potrzebę „chrztu nienarodzonych”, ksiądz z Grzechyni dowodzi również, iż został on potwierdzony przez samego Pana Jezusa, gdyż takie słowa rzekomo podyktował On związanej z ks. Natankiem „wizjonerce”. Gdyby założyć, iż owe wizje są prawdziwymi objawieniami, oznaczałoby to, iż przez 2000 lat Kościół katolicki ogromnie błądził, nauczając ludzi o niemożności zbawienia dzieci zmarłych bez chrztu (i związanej z tym kwestii limbusa), a jednocześnie nie stosując prostego środka do ich uświęcenia! Wiara katolicka poucza nas jednak, iż omyłka taka nie jest możliwa, gdyż u swego zarania Kościół otrzymał wszelkie niezbędne środki do uświęcania ludzi, z których przez wieki korzystał i których strzegł. Innych po prostu nie ma, a sugerowanie wiernym czegoś przeciwnego pod płaszczykiem prywatnych objawień jest jedynie najlepszym dowodem na to, iż owe wizje z całą pewnością nie pochodzą od Boga, a my jako wierni katolicy powinniśmy stronić od kapłanów promujących takie fałszywe orędzia.