3 cze 2021

Zwiedzeni

 


Rezydujący w Grzechyni ksiądz Piotr Natanek jest w polskim Kościele postacią nie tylko dobrze znaną, ale i wzbudzającą skrajnie różne opinie. Dla jednych jest on kapłanem bezkompromisowo podążającym za głosem Chrystusa, który za pozostanie wiernym Jego orędziu i obnażanie grzechów hierarchii kościelnej, jest od lat przez tę hierarchię niesłusznie prześladowany. Dla drugich działalność ks. Natanka jest wysoce szkodliwa, gdyż opierając się w dużej mierze na rzekomych wizjach związanej z nim osoby, serwuje on swoim wiernym eklektyczną i nie opartą na autorytecie kościelnym mieszaninę poglądów teologicznych i praktyk liturgicznych. Inni stwierdzą z kolei, iż choć w duszpasterstwie ks. Natanka istotnie można dostrzec pewne błędy, to jednak z uwagi na fakt, iż piętnuje on wiele przejawów kryzysu w Kościele i stara się odwoływać do Tradycji, nie powinno się go nadmiernie krytykować.

W niniejszym wpisie nie mam zamiaru podejmować się próby całościowej oceny działalności ks. Natanka. Chcę za to poruszyć kwestię jednego z praktykowanych przez niego obrzędów, który mi osobiście dał wystarczający obraz tego, na jakich podstawach opiera się duszpasterstwo ks. Natanka     i pomógł ocenić, czy mam w tym wypadku do czynienia z kapłanem wiernym Tradycji katolickiej.

Obrzędem o którym mowa jest tzw. „chrzest dzieci nienarodzonych”. W trakcie tej ceremonii ks. Natanek, w towarzystwie wiernych i „rodziców chrzestnych” nienarodzonych dzieci (których ciał rzecz jasna tam nie ma) dokonuje aktu ich „chrztu”, wymieniając – tak jak w przypadku udzielania sakramentu Chrztu Św. -  ich imiona i wymawiając słowa „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Św.”. Co istotne, wymawiając słowa formuły chrzcielnej, kapłan również używa wody, polewając nią jednak… powietrze i wlewając ją do przeznaczonego do tego naczynia (link do jednego z takich obrzędów w komentarzu). W ten sposób – jak stanowczo twierdzi ks. Natanek – dzieci nienarodzone zostają uwolnione od zmazy grzechu pierworodnego i dostępują radości świętych w Niebie. Choć tego typu deklaracje ks. Natanka zdają się sugerować, iż podziela on – w odróżnieniu od nauczania współczesnych modernistów - wiarę Kościoła katolickiego w absolutną konieczność sakramentu Chrztu do zbawienia, to jednak wypada przy tym zapytać, czy praktykowany przez niego obrzęd ma cokolwiek wspólnego z praktyką Kościoła?

Odpowiedź jest tutaj dość jasna i oczywista. Nie trzeba bowiem być wybitnym znawcą katolickiej sakramentologii aby wykazać, że podobny obrzęd nie ma nic wspólnego z udzieleniem Chrztu Świętego i siłą rzeczy nie może przynosić wynikających z niego łask sakramentalnych. Wystarczy sięgnąć do jakiejkolwiek uznanej pozycji traktującej o katolickich sakramentach aby dowiedzieć się, iż sakramenty święte, w tym Chrzest Św., mogą być szafowane wyłącznie osobom żywym (w razie wątpliwości sakramentu udziela się warunkowo). Do podstawowej wiedzy w tej kwestii należy również to, iż bliższą materią (a więc czymś koniecznym do ważności) sakramentu Chrztu jest obmycie wodą naturalną ciała człowieka. Skoro więc „chrzest dzieci nienarodzonych” praktykowany m. in. przez ks. Natanka nie spełnia tych dwóch , najbardziej elementarnych wymogów ważnego sprawowania sakramentu Chrztu Św. (nie ma osoby żywej, nie ma polania ciała), to jasnym jest, iż nie tylko nie gładzi on grzechu pierworodnego, ale jako symulowanie sprawowania sakramentu jest praktyką niegodziwą, błędną i wprowadzającą w błąd wiernych.

„Chrzest dzieci nienarodzonych” praktykowany przez ks. Natanka nie ma również nic wspólnego ze znanym i praktykowanym w pewnych sytuacjach w Kościele obrzędem mogącym nosić tę samą nazwę, w terminologii kościelnej zwanym chrztem „in utero matris” (w łonie matki). Ta, zapomniana dziś forma udzielania sakramentu Chrztu Św. polegała ona na tym, iż w razie dużego prawdopodobieństwa, iż przed urodzeniem dziecko umrze, dopuszczalne było sakramentalne obmycie wodą ciała nienarodzonego dziecka, znajdującego się w łonie kobiety za pomocą specjalnej strzykawki.
Praktykując „duchowy chrzest nienarodzonych” ks. Natanek przekonuje wiernych, iż jest to obrzęd rzekomo zatwierdzony przez Kościół, gdyż posiada on książkę zawierającą tę ceremonię, która uzyskała imprimatur jednego z modernistycznych biskupów. Zakładając, iż ks. Natanek faktycznie nie ma podstawowej wiedzy teologicznej aby ocenić samą ceremonię i nie wie o tym, jak mało warte są imprimatur wydawane przez pogrążone w błędach modernizmu kurie biskupie, można by zrzucić jego działania na karb ignorancji i uznać, że są formą błędnego, ale być może nie tak niebezpiecznego kościelnego dziwactwa. Ksiądz Natanek idzie jednak wiele dalej.

Otóż, uzasadniając potrzebę „chrztu nienarodzonych”, ksiądz z Grzechyni dowodzi również, iż został on potwierdzony przez samego Pana Jezusa, gdyż takie słowa rzekomo podyktował On związanej z ks. Natankiem „wizjonerce”. Gdyby założyć, iż owe wizje są prawdziwymi objawieniami, oznaczałoby to, iż przez 2000 lat Kościół katolicki ogromnie błądził, nauczając ludzi o niemożności zbawienia dzieci zmarłych bez chrztu (i związanej z tym kwestii limbusa), a jednocześnie nie stosując prostego środka do ich uświęcenia! Wiara katolicka poucza nas jednak, iż omyłka taka nie jest możliwa, gdyż u swego zarania Kościół otrzymał wszelkie niezbędne środki do uświęcania ludzi, z których przez wieki korzystał i których strzegł. Innych po prostu nie ma, a sugerowanie wiernym czegoś przeciwnego pod płaszczykiem prywatnych objawień jest jedynie najlepszym dowodem na to, iż owe wizje z całą pewnością nie pochodzą od Boga, a my jako wierni katolicy powinniśmy stronić od kapłanów promujących takie fałszywe orędzia.

Czy to są nasi "kumple"?

 


Dla osoby uczęszczającej na tradycyjną katolicką liturgię i przyzwyczajonej do słuchania nauk sprawujących ją kapłanów, jest czymś naturalnym, iż mówiąc o Boskim Założycielu Kościoła czy Osobach, które odegrały kluczową rolę w jego rozwoju, wyrażają się oni zawsze z najwyższym szacunkiem i używając odpowiednich, przysługujących im tytułów. Jak wielkim szokiem dla takiej osoby może być z kolei zetknięcie się ze sposobem wyrażania się o tych samych postaciach szeregu kapłanów wychowanych w posoborowym duchu i sprawujących nową Mszę.

I tak, używając przykładu, wielu z nich mówiąc o wcielonym Synu Bożym najczęściej będzie określać Go mianem „Jezusa” w miejsce wyrażeń „Pan Jezus” lub pięknego „Nasz Pan Jezus Chrystus”. Tradycyjne wyrażenia „Matka Boża” czy „Najświętsza Maryja Panna” we współczesnym kaznodziejstwie częstokroć wypierane są przez samo imię „Maryja”. Bardzo uderzające jest również, trącące protestantyzmem, określanie autorów pism Nowego Testamentu samym imieniem , bez tradycyjnego dodatku „Apostoł” czy „Święty” (np. „W ewangelii Jana czytamy…” zamiast „W ewangelii Św. Jana czytamy…”).

Nie chcąc wyciągać zbyt daleko posuniętych wniosków z tego zjawiska i wdawać się w dywagacje na temat źródeł takiej zmiany, warto pokrótce zastanowić się jakie owoce może ona ze sobą przynieść..

Jednym z kanonów dobrego wychowania w naszej kulturze jest bez wątpienia używanie zwrotów grzecznościowych. Ich stosowanie wynika nie tylko z szacunku, jakim darzymy daną osobę, ale nawet ma miejsce w sytuacji, kiedy o ten szacunek trudno, a chcemy uznać np. jej wiek czy stanowisko przez nią zajmowane. Skoro więc zasady te są nie tylko znane, ale w praktyce stosowane przez ogromną większość ludzi we wzajemnych stosunkach, to z jakiego powodu należałoby robić wyłom od tej zasady w odniesieniu do samego Boskiego Mistrza i najbliższych Mu Osób, które zasługują na nasze uznanie nieporównanie więcej niż wszyscy inni ludzie? Czy takie, w istocie nonszalanckie wyrażanie się o Panu Jezusie, Jego Najświętszej Matce i Apostołach, nie niesie choćby ryzyka, że w oczach wątpiących pogłębimy wrażenie, że osoby o których mówimy są tylko jednymi z wielu w dziejach nauczycieli moralności, których naukę można, choć nie trzeba przyjmować?

Nie należy przy tym zapominać, że używanie wyrażeń podkreślających godność danej osoby ma również ważny walor wychowawczy. Naprawdę trudno zakładać, aby wyrażanie się o Panu Jezusie i świętych Pańskich „per ty” w jakikolwiek sposób pomogło młodym katolikom w wykreowaniu w ich umyśle prawdziwego obrazu Boga, któremu jesteśmy winni miłość i bezwarunkowe posłuszeństwo. Można raczej domniemywać, iż taki sposób wyrażania się, nierzadko okraszony językiem rodem ze slangu ulicznego, sprawi prędzej, że młody człowiek nabierze zbyt poufałego stosunku do Boga i zacznie postrzegać Pana Jezusa jako swego rodzaju kolegę.  Takie traktowanie Pana Jezusa nigdy nie zbliży jednak duszy do Boga. Sprawi ono co najwyżej, iż – jeśli w ogóle osoba ta nie straci wiary – to zacznie tworzyć w swym umyśle obraz własnego „Jezusa”, odpowiadającego jej myśleniu i pobłażliwego dla jej grzechów. Skoro jest on bowiem moim „kumplem”, to siłą rzeczy powinien szanować mój sposób myślenia, pomagać i pocieszać w trudnościach, a w razie potrzeby służyć dobrą radą. Jednego czego nie powinien i nie może czynić, to rozkazywać mi. Taki Jezus w rzeczywistości jednak nie istnieje.
 
Nasz Pan Jezus Chrystus jako nasz Stwórca i Odkupiciel ma prawo wymagać i rzeczywiście wymaga od nas najwyższej miłości, poszanowania i posłuszeństwa. Cała historia Kościoła, przepełniona działalnością świętych, misjonarzy i tysięcy duszpasterzy dowodzi, iż wcale nie trzeba czynić z Pana Jezusa „dobrego kolegi”, aby przekonać o tej prawdzie ludzi i skutecznie prowadzić ich do Boga. W swym ogóle pragną oni bowiem aby traktować ich poważnie i o sprawach istotnych mówić z należną powagą. Oby w porę zrozumieli to posoborowi duszpasterze, którzy próbując „oferować Jezusa” coraz bardziej spoganiałym wiernym, nierzadko nie dojrzą nawet reakcji w postaci odwrócenia głowy i powiedzenia „Dziękuję, to mnie nie interesuje”... 

Pytanie o posłuszeństwo Kościołowi

 


„Święty Ireneusz I papież (402-416) w liście do Decencyusza biskupa (…) nagania tych duchownych, którzy lekceważą podania apostołów i przy sprawowaniu najświętszej ofiary, ze zgorszeniem wiernych, zaprowadzają swoje własne wymysły, nie mające żadnej podstawy. Nareszcie dodaje: „któż nie wie, że co przez książęcia apostołów podane zostało rzymskiemu Kościołowi i do dziś jest strzeżone, powinno być od wszystkich zachowane i nie może być zastąpione tym, co albo powagi nie ma, albo skądinąd początek bierze”. Podobnież i święty Wigiliusz papież (540-555), w liście do Profutura biskupa (…) schodząc do liturgii powiada, że jej zmieniać nigdy nie wolno, przynajmniej w kanonie, bo z podania apostolskiego pochodzi.”*


Tak przez wieki papieże, w tym wypadku święci papieże, postrzegali wprowadzanie nowinek liturgicznych nie mających oparcia w Tradycji. Tymczasem po upływie prawie 2000 lat od śmierci św. Piotra, Paweł VI oznajmił katolikom, że liturgię nie tylko można ale i należy zmienić. Następnie ten sam papież w praktyce wyrzucił do kosza "pozbawiony wszelkiego błędu" (Sobór Trydencki) Kanon rzymski i wprowadził w jego miejsce ze względów ekumenicznych modlitwę (II modlitwa eucharystyczna), o której można powiedzieć wiele, jednak z pewnością nie to, że wyraża katolicką doktrynę eucharystyczną.

W związku z tym rodzi się pytanie o to, kto okazuje nieposłuszeństwo Kościołowi?
Katolicy pozostający wierni tradycyjnej liturgii rzymskiej i odmawiający prawowierności rytowi stworzonemu za pontyfikatu Pawła VI, czy też hierarchia posoborowa, która nie bacząc na Tradycję Kościoła próbowała narzucić katolikom ryt Mszy możliwy do zaakceptowania przez protestantów?


*Cytat za: ks. A. Nojszewski, „Liturgia rzymska”, Warszawa 1914, s. 13-14